Strach ma wielkie oczy

Follow my blog with Bloglovin

Artur mówi, że jeśli nie mam żadnego problemu to go sobie wymyślę, a jeśli pojawia się jedynie jakieś potencjalne zagrożenie, to ja je zaraz odkopie i włączę syreny, tak aby nie dało się przejść koło niego spokojnie. Dlatego jak usłyszałam, że musimy natychmiast jechać z naszym synkiem do szpitala to na strach i nerwy jakie mnie ogarnęły nie ma słów. I tu stała się rzecz dziwna, bo choć potrafię narobić wrzasku z powodu skaleczonego paluszka, w tym wypadku nawet nie pisnęłam. Być może to dlatego, że na te parę dni kiedy robili mu badania po prostu zamarłam. Nie byłam sobą. Zamiast jak zwykle ciskać się, trzaskać drzwiami, tłuc talerze, domagać się udostępnienia książki skarg i zażaleń, żądać wezwania kierownika, ja za wszystko dziękowałam. Dziękowałam, że mimo źle wypisanego skierowania przyjęli nas do szpitala, że czekaliśmy tylko godzinę na badania, że dali nam jednoosobową salę gdzie mogliśmy nocować z dzieckiem. Gapiąc się z Teosiem godzinami przez okno szpitalnej sali i licząc przejeżdżające auta, dziękowałam, że będziemy się tak gapić kilka dni, a nie tygodni czy miesięcy. I nawet jak dostaliśmy na kolację solone paluszki to bardziej mnie to rozśmieszyło niż wkurzyło. Bo to wszystko nic kiedy czekasz na wyniki badań. To nie prawda , że czas się wtedy dłuży. Wtedy cieszysz się każdą chwilą. To nie prawda, że się martwisz, bo wtedy wszystkie problemy przestają istnieć.
Najbardziej na świecie boję się trzech rzeczy: pająków, wojny i chorób (kolejność przypadkowa). I o ile wiem, że przed dwoma pierwszymi Artur nas obroni, to trzecia jest od nas wszystkich zupełnie niezależna. Dodając do tego mój brak wiary w Boga to w obliczu ostatniej z tych rzeczy naprawdę stoję rozbrojona. Wtedy jedyne co pozostaje to nie wierzyć z całego serca, że coś złego mogłoby się stać, że los mógłby zabrać ten najdroższy dar jakim nas obdarował, nie wierzyć, że szczęście mogłoby nas opuścić kiedy najbardziej go potrzebujemy, nie wierzyć, że ktokolwiek mógłby nie dołożyć wszystkich starań, całej swojej wiedzy i pokładów życzliwości żebyśmy wyszli z tej sytuacji szybko i cało. I wyszliśmy. Jak widać niewiara też czyni cuda!
Ania

Ten wpis Ani to kolejny przykład, że zagrożenie zostało wydobyte z pieczołowitością archeologa, oświetlone jak na planie filmowym i oznakowane jak karambol na niemieckiej autostradzie. Pobyt w szpitalu był połączeniem potraktowania symptomów choroby Teosia na wyrost przez pediatrę i dość oczywiste w tej sytuacji pogodzenie się z tym pani doktor, która nas do szpitala przyjęła. Ja w sumie od początku byłem spokojny o jego zdrowie, a pobyt w szpitalu i praca personelu dodatkowo kojąco wpłynął na moje myśli. Nic poważnego mu nie groziło, a fakt, że trafił do szpitala nie był wcale taki zły, bo zaleczył sobie wszystkie żłobkowe infekcje, zrobiono mu gruntowne badania, sprawdzono działanie systemu immunologicznego (po tatce doskonałe ;)). Ania odpoczęła sobie na zwolnieniu i wszystko dobrze się skończyło.

Będą żyli długo i szczęśliwie 🙂
Artur

 

DSC07652_Fotor_Fotor

DSC07651_Fotor_Fotor

DSC07650_Fotor

2_Fotor_Fotor

3_Fotor_Fotor

4_Fotor_Fotor

5_Fotor

8_Fotor

Reklamy

11 uwag do wpisu “Strach ma wielkie oczy

  1. Zgadzam się z tym, kiedy kilka miesięcy temu wylądowałam z Zo w szpitalu to przeżywałam dokładnie to samo. Plus kaca moralnego, bo w ciągu dnia z Małą zostawał mój M. a ja leciałam do pracy, bo byłam wtedy na okresie próbnym.
    Zdrowia dla Was i abyście długo, a najlepiej nigdy, nie musieli tam wracać.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s